Wspomniałam w poprzednim poście, że jestem w trakcie globalnego sprzątania pracowni. Więc, zamykam się tam czasami i segreguje swoje krawieckie dobra. Trochę tego mam ….

Wtedy się zastanawiam, po co ja przez wiele lat zbieram to wszystko? Resztki tkanin po moich projektach, smycze reklamowe od znajomych, zabytkowe guziki z różnych miejsc, nieużywane paski… Może dlatego, że tak robiła moja babcia, mama i ciocia? A może dlatego, że kiedyś dawno temu, kiedy zaczynałam swoją przygodę z szyciem, marzyłam szyć pachworkowe ciuszki???

Tak! Zawsze mi się podobały ubrania, uszyte z różnych tkanin. Uwielbiam Antoniego Marrasa, projekty którego są jak uszyte obrazy. Dla mnie to wyższa szkoła krawieckiej jazdy – tak połączyć tkaniny, żeby pasowały do siebie nie tylko kolorem ale strukturą i filozofią, żeby ich mieszanka tworzyła charakter ubrania i opowiadała historię.

Projekty Antonio Marrasa z ostatnich kolekcji

I tak myśląc o źródłach swojej pasji, ogromnych zapasach szmatek i jak to wszystko wreszcie mogę wykorzystać, uszyłam kurteczkę z tego co znalazłam w domu.

Wiem, wiem, normalni ludzie szyją teraz sukienki, a nie wełniane kurtki. Ale wiecie jak to jest – bardzo wyraźnie zobaczyłam ją w stercie skrawków, więc musiałam!

Pomysł na ten projekt miałam jakiś czas temu, kiedy dostałam kawałek pięknej zielonej, lekko błyszczącej bardzo ciepłej wełny. Pasowała mi z niej ot taka kurteczka

Fajnie wyglądała w Burdzie i nic nie wskazywało na to, że będą kłopoty z wykrojem ….

Odrysowując najmniejszy rozmiar 36 wydawała mi się trochę duża i kiedy wycięłam z tkaniny, i przyłożyłam na siebie, okazała się ona być ogromna, więc uznałam że projekt się nie udał, a wycięty przód i tył wylądował w koszu „projekty do przeróbki”.

A w tym czasie w modzie nastąpiła pewna rewolucja – przyszła epoka oversize. Właściwie na każdym pokazie na 2020 i 2021 rok modelki wyglądały jakby ubrały się w ciuchy swoich chłopaków. Nie przepadałam za takim stylem ale przyszedł czas to zmienić!

Sprzątając ostatnio trafiłam na ten niedokończony projekt i bardzo się ucieszyłam, że jeszcze go nie pocięłam na coś innego. I wtedy mi się włączyła machina wyobraźni – przykładałam różne tkaniny, mierzyłam, cięłam, szyłam ….

Co do bordowej wełny jako towarzysza do wyciętej już zielonej nie miałam wątpliwości. Problem miałam z trzecią tkaniną. Ostatecznie użyłam resztek tego musztardowego cuda, z którego szyłam płaszcz dla Córki, a potem z resztek uszyłam sobie kamizelkę

Jednak był pewien problem – resztek miałam stanowczo za mało. I wtedy wpadłam na pomysł uszyć kieszenie i kołnierz z kawałków, a łączenia zamaskować taśmami, konkretnie paskami po smyczach reklamowych.

Jak już rozpędziłam się z układaniem swoich puzzli, ułożyłam też musztardowe paski na rękawach i oczywiście torebeczkę 🙂

Zamek pochodzi ze starej bluzy. Bardzo ją lubiłam, właśnie ze względu na takie nietypowe zapięcie, więc wyprułam go i swoje drugie życie znalazł na mojej nowej kurtce.

Torebka to układanka z resztek po resztkach tkanin, kawałek taśmy, kawałek zamka, i super modne frędzle, pociachane ze starej skórzanej kamizelki męża

Pasek torebki to nic innego jak nieużywany pasek do spodni, który mi idealnie dopasował się kolorystycznie do zamku i nawet ma lekki błysk, dokładnie tak, jak zielona wełna

I w taki sposób powstał moj komplet zero waste z materiałów, które najczęściej lądują w koszach.

Jestem z siebie dumna! To najbardziej ekologiczny projekt w historii mojego krawiectwa!

Miłej majówki!

P.S W ostatniej chwili wysłałam zdjęcie z moją kurtką na konkurs, organizowany przez Ultramaszynę i Burdę i czekała na mnie ot taka niespodzianka!

Bardzo się ciesze!!!!